MACIERZYŃSTWO

Dzieciństwo? Tak, ale ostrożnie!

Mama Kubusia18 comments751 views
Popełniłam ostatnio post odnośnieg tego, co zawdzięczam Kubie i za co podziękuję mu za kilka lat. Trochę skłamałam- nie napisałam o wszystkim, zapomniałam.

Gdy zostałyśmy mamami czekało na nas sporo nowych wyzwań, nigdzie nie ma przecież instrukcji obsługi noworodka krok po kroku. Walczyłyśmy z kupkami, nocnymi karmieniami, kikutem pępowinowym. Uczyłyśmy się  rozpoznawania płaczu. Poznawałyśmy nasze dziecko, a ono poznawało nas. Nierzadko płakałyśmy razem z nim. Czekałyśmy na pierwsze ząbki, niecierpliwie wyczekiwałyśmy dnia, w którym usiądzie, wstanie i zacznie chodzić. Czasem marzymy o tym, by wrócić do czasów, gdy nasz maluch tylko jadł, spał i robił kupki- miałyśmy wtedy więcej czasu dla siebie. Czasem przeklinamy w myślach tą całą opiekę nad dzieckiem i mamy dość, gdy kolejny dzień upływa wśród złości, krzyku i płaczu dziecka, bez wyraźnego powodu- ot tak, humoru nie ma, po prostu.
A myślałyście o tym, że najfaniejsze dopiero przed nami?
Pamiętacie jak będąc dziećmi budowałyście wieżę z klocków? Pamiętacie dumę, jaka Wam towarzyszyła? Patrząc na minę Kuby, któremu udało zbudować się wieżę z kilkunastu kloców, lub coś na kształt kwadratowego domku- przypomina mi się to uczucie. Chwila, w której chciałam, by uwaga wszystkich skupiła się na mnie i mojej budowli, by mnie pochwalono, pogratulowano. W jego oczach widzę to samo. Widzę dumę, szczęście i pragnienie pochwały, bo przecież zbudował całkiem sam, bez niczyjej pomocy. 
Jeszcze kilka miesięcy temu na sam widok klocków chciało mi się płakać– odczuwałam monotonię. Kuba chorował cały miesiąc, a mnie brakowało już pomysłów na wspólne spędzenie czasu. Więc budowałam… Raz, drugi, trzeci- a on tylko obserwował mnie z radością nieudolnie próbując powtarzać moje ruchy. Dziś, kiedy budujemy coś wspólnie wykradamy sobie najfaniejsze klocki, które wedle naszego zamysłu będą idealne do naszej budowli. Dziś Kuba próbuje dokończyć mój domek, tym samym nie pozwalając mi dotykać swojego. Wiecie, taka adrenalinka. Albo psuje moją budowlę zabierając jej poszczególne elementy- wiecie, że czasami mnie to złości i nie pozwalam mu dotknąć, dopóki nie skończę? Zupełnie jak za dawnych czasów.
Pamiętacie, jak lubiłyście zbierać kwiatki? Rosnące na łąkach stokrotki, czy wyróżniające się w trawie mlecze? Nieważne, że brudziły i kleiły ręce, najfaniejsze było to, że mogłyśmy zrobić z nich wianek. Z koniczyn też. Kuba uwielbia kwiaty. Z uśmiechem podczas spaceru pokazuje mi wszystkie po kolei, niekiedy nawet piszcząc przy tym z radości. Dumnie trzyma zerwanego przeze mnie kwiatka jadąc w wózku. A ja? Mogę beztrosko zrywać mu te kwiatki, nie martwiąc się o to, że złośliwa sąsiadka zwróci mi uwagę– przecież to dla dziecka, nie dla mnie. Dzieciom sie nie odmawia.
Pamiętacie hodowlę pleśni na chlebie zamkniętym w słoiku? Krystalizację soli na sznurku? A zielniki pamiętacie? Hodowlę ziarnka fasoli? To wszystko dopiero przed nami, przed naszymi maluchami. Rzeczy, które kiedyś lubiłyśmy robić- zrobimy raz jeszcze, pomagając w nich naszym dzieciom. Wspólne uczenie się wierszyków do szkoły. Pamiętacie jak nasi rodzice z dumą patrzeli na nas podczas szkolnego przedstawienia, czy śpiewania piosenki na Dzień Matki? Pamiętacie jakie byłyście dumne, a Waszym mamom łzy kręciły się w oczach? Pamiętacie lęk przed powrotem rodziców ze szkolnego zebrania? A może w pamięci utkwiły Wam wspólne wycieczki do zoo i odkrywanie świata u boku rodziców? Przeżyjemy to raz jeszcze, tyle, że role się odwracają. Teraz to my jesteśmy dumnymi mamami, gotowymi chronić nasze dzieci przed całym złem otaczającego je świata.
Małe dzieci, to taki pusty słoiczek i to od nas zależy, czym go zapełnimy. Taki bagaż na całe życie. Od nas zależy co spakujemy dziecku do środka.

Martwi mnie coś innego. Gdy byłam dzieckiem, nie było dnia bym nie bawiła się z rówieśnikami na placu zabaw. Pod blokiem mieliśmy dwa, z obu jego stron. Spędzaliśmy tam czas od rana do wieczora, prosząc rodziców o jeszcze kilka minut bycia na dworze. Słowa “pójdziesz do domu” były najgorszą groźbą, a “masz szlaban na wychodzenie” najgorszą możliwą karą. Teraz? Które dziecko- w dobie internetu, laptopów i tabletów- przejmie się tym, że musi zostać w domu? Czy to właśnie wyjście na dwór nie jest niekiedy karą? Place zabaw często są puste, rzadko słychać już śmiech dzieci. Na chodnikach nie ma już śladów po grze w klasy, a na piasku znaków po podchodzach. Nikt nie bawi się w chowanego; nie udaje babajagi, która patrzy. Dzieci nie robią sobie bazy z koców na drabinkach, iglo ze skoszonej trawy. Nie rywalizują o to, kto dalej skoczy z rozpędzonej huśtawki. Nie wspinają się po trzepaku. Nie szukają dżdżownic po deszczu. Piasek jest teraz czymś brudnym, nie jest jedzeniem, które sprzedawaliśmy sobie w plastikowych foremkach.
Pamiętacie swoją Komunię? Co dostałyście w prezencie? Do dziś pamiętam czerwony rower górski i to jak długo błagałam tatę, by pozwolił mi zrobić kółko na parkingu dzień przed Komunią. Pamiętam złote kolczyki z perełkami, które były wtedy moim największym skarbem. Nadal w pamięci mam zegarek, na czarnej skorce. Na tarczy miał pająka i pajęczyny. Kiedyś to było coś. Miałaś zegarek- byłaś super. Nie każde dziecko miało rower, czy wrotki. I w czym muszę mojej mamie przyznać rację, to fakt, że mimo iż nie na wszystko mi pozwalano i często wracałam do domu szybciej niż inne dzieci- materialnie niczego mi nie brakowało. Miałam najnowsze zabawki, świetne jak na tamte czasy ubrania. Dzięki mamo, dzieki tato!
Ale, ale… Wróćmy do Komunii. Co dzieję się teraz? Kilkulatkowie dostają od rodziców smartfony, laptopy, czy tablety. Na Komunię dostaje się teraz quady. Taka moda, taki klimat. Spytajcie dzieci w podstawówce- które z nich ucieszyłoby się z zegarka na rękę? Podejrzewam, że większość parsknęłaby śmiechem na myśl o takim prezencie. Za moich czasów (a stara przecież nie jestem- w lipcu 25 lat skończę) w dniu Komunii najważniejsza była sama Komunia. Fakt, że po raz pierwszy w pełni uczestniczy się w Mszy Świętej. Dziś rodzice prześcigują się w wynajmowaniu sal na tą okazję, w zdobieniu włosów córek, niekiedy malowaniu ich twarzy. Zaprasza się całą rodzinę, nawet tą nielubianą. Postaw się, a zastaw się. Co kupić takiemu dziecku na osiemnastkę? Willę z basenem? W imię czego? 
Jak nauczyć później dziecko doceniania małych rzeczy? Nie uśmiechnie się do słońca, nie odczuje radości ze zrywania stokrotki. Nie upadnie na zjeżdżalni pod blokiem, bo go tam nie będzie. 
Przeżywamy dzieciństwo powtórnie, z naszymi dziećmi. W naszych rękach jest ich światopogląd. To, czy zafundujemy im nowinkę elektroniczną, czy pełną przygód zabawę z rówieśnikami. Od nas zależy, czy będzie nas kochać za kolejną grę komputerową, czy za to jak pokażemy im otaczający je świat.

  • Uwielbiam czytać Twoje teksty !!!! Jesteś niesamowita :) Kobieto Ty pomyśl o takim pisaniu na poważnie :) … a post w 100% prawdziwy.

    • Bardzo dziękuję! :) Ale, że co, że niby moje posty nie są na serio? :)

  • Jakież to prawdziwe.
    Nie zapomnę nigdy tekstu mojej szwagierki, matki wówczas czterolatki, której ojcem chrzestnym jest mój mąż (był to właśnie okres komunijny): “ciekawe co Piotrek kupi Indze na komunię jak ona już wszystko ma?” moja ODP brzmiała NIC w takim razie. Szkoda, że wolnego czasu poświęconego dziecku nie można kupić bo dziewczynka miałaby już naprawdę wszystko.
    Szkoda mi dziecka, bo już teraz widzę, że rośnie z niej egoistka, samochwała, materialistka. I taki ktoś bawi się z moim dzieckiem, które nigdy nie będzie miało aż tyle rzeczy materialnych, ale za to ma mój czas, moją miłość, moją uwagę, a ja znowu mogę poczuć się dzieckiem.
    Nie rozumiem takich ludzi jak moja szwagierka, a swoją córkę wychowuje po swojemu pomimo jej “cennych” rad.

    • “ale za to ma mój czas, moją miłość, moją uwagę,” – myślę, że to właśnie jest najważniejsze! :)

  • Anonymous

    Jestem z tego samego rocznika, co Ty i nie przypominam sobie, że najważniejsza była Komunia. Może dla Ciebie, bo śpiewałas, ale większość dzieciaków opowiadała o nowym rowerze czy w myślach liczyli pieniądze.
    Ale ale co do tego, gdzie są do cholery dzieciaki o godz. 17.00 to masz rację :( u nas było inaczej. O matko jak dobrze że nie miałam kompa tableta i smartphone ! Miałam z moim rocznikiem super dzieciństwo :)))

    • Oj śpiewałam :D Mam jeszcze HVS z tego dnia! :D Ha, śpiewać psalm na własnej Komunii- to było coś!

  • Bardzo madrze napisalas :)
    Pozdrawiam :)

  • Anonymous

    Uwielbiam Twój blog !! !! !! Nigdy nie przestawaj pisać !! !! !! A Kubuś przesłodki i podobny do Ciebie :*

  • Pięknie napisane! Aż przypomniałam sobie własne dzieciństwo,dokładnie takie samo jak opisałaś! Mam nadzieję że jak nasze dzieci urosną do wieku gdzie będą już same mogły wychodzić na podwórko,to po prostu komputery,tablety nie będą już modne,i znów do łask wróci piłka czy skakanka,Zresztą jak pokażesz dziecku od najmłodszych lat że gra w piłkę czy skakanie na skakance to frajda,to i dziecko tak wychowane będzie się tak bawić.Ja gram z córką często w chopka albo skaczemy w gumę.Maja uwielbia takie zabawy:) Ale przesiadywanie na trzepaku raczej już nie wróci ;) Pozdrawiam

    p.s Zdjęcia Kuby super! :)

  • Przeraża mnie to, że 8-10 letnie dzieciaki mają własne tablety, komórki, konsole, komputery. Na co im to? Dla mnie największą radością było wyjść na dwór się pobawić czy posiedzieć dłużej w świetlicy szkolnej. Do wieczora na dworze!
    Może dorośli sami ograniczają swoje dzieci. W końcu sami te gadżety kupują.

    • Dokładnie, sami te gadżety kupują, a potem dziwią się, że dziecko na dwór nie chce wyjść…

  • cieszę się, że jestem z tego rocznika, z którego jestem. większość dzieciństwa spędziłam z rówieśnikami na dworze :)

    myślałam, że jesteś młodsza :)

  • Kolejny wspaniały wpis! Jesteś genialna :) Aż łezka w oku się kręci na myśl o takich wspomnieniach i o tym, że znów będzie okazja to przeżyć :)
    Pozdrawiam i zapraszam w wolnej chwili do mnie, nowy wywiad :)
    http://www.patrycjaguzek.blogspot.com