MACIERZYŃSTWO

‚Chodź , bo Cię zagłodzą!’ – tak wspiera się karmienie piersią w Szpitalu w Pucku.

Mama Kubusia7 comments262 views

Szpital szpitalowi nie równy- w jednym poziom opieki zaskakuje pozytywnie, w innym woła o pomstę do nieba…

Oczywiście istnieją wyjątki. Fakt, że jakiś szpital ma świetną opinię nie jest pewnikiem, iż nas również spotkają w nim same przyjemności. A i zła opinia danego szpitala nie może w stu procentach świadczyć o tym, że przebywając tam będziemy marzyli o ucieczce.

Ja z szpitalem w Pucku mam stosunkowo złe wspomnienia. Najpierw zmarła tam moja babcia, później sama spędziłam tam kilka dni jako siedemnastolatka. Kilkakrotnie mimo wszystko miałam wątpliwą przyjemność korzystania z usług szpitala przy Kubie. Najgorzej zapamiętałam sytuację z przed dwóch lat, kiedy pod koniec wakacji na jego rączce i główce pojawiły się po trzy dziwne kropki, które do złudzenia przypominały kleszcze. Biorąc pod uwagę fakt, że dzień wcześniej sporo czasu spędzaliśmy w trawie przygotowując wpis z uszytym przeze mnie kocykiem- po konsultacji z moją położną środowiskową udałam się z Kubą do szpitala w Pucku. Efekt? Lekarz siedzący z biurkiem na izbie przyjęć nawet nie obejrzał Kuby. Z łaską zza swojego biurka wypisał jedynie receptę na Zyrtec i usłyszałam, że „pomoże na pewno”.

Kiedy zbliżał się poród, szpitala w Pucku nie brałam nawet pod uwagę. Jakiś czas temu wątpliwą przyjemność porodu w tym szpitalu miała jednak jedna z moich przyjaciółek. Mimo tego, że była już jakiś czas po terminie, miała coraz silniejsze skurcze (a rozwarcie niestety niewielkie)- postanowiono poczekać do rana. W efekcie tego w nocy odeszły jej zielone wody i dokonano cesarskiego cięcia, w w skutek czego nad ranem na świat przyszła śliczna dziewczynka.

Moja przyjaciółka bardzo chciała karmić piersią. Już w trakcie jej ciąży sporo rozmawiałyśmy na temat samej laktacji, jak i biustonoszy do karmienia, czy wkładek laktacyjnych. Wiadomo jednak, że początki nie są łatwe. Nie znam wśród swoich znajomych przypadku, w którym od razu po porodzie zarówno matka, jak i dziecko świetnie radzą sobie podczas karmienia. My z Kubą też mieliśmy problemy przez pierwsze dwa tygodnie, dlatego tego typu sytuacje nie są dla mnie nowością. Jednak już w szpitalu w Wejherowie, zaraz po porodzie Kuby- każdego dnia miałam możliwość rozmowy z położną laktacyjną, która spokojnie tłumaczyła i pokazywała mi rozmaite pozycje, w których mogę karmić Kubę. Po ciężkiej walce i wielu chwilach zwątpienia- udało się. A wsparcie jakie otrzymałam w szpitalu i wnioski, które wysunęłam po rozmowie z położną naprawdę bardzo pomogły mi, kiedy wróciliśmy już z Kubą do domu. Uważam, że pomoc i wsparcie w kwestii laktacji (SZCZEGÓLNIE po pierwszym porodzie) są bardzo ważne.

Jak wspierano jej laktację w szpitalu w Pucku?

Nijak. Dokarmia się dziecko, bez pytania matki o zgodę i opinię. Wmawia się matce, że jest wyrodną matką i zagłodzi swoje dziecko. Przyjaciółka samego pobytu w szpitalu w Pucku nie wspomina źle. Kluczowym jest jednak tutaj podejście personelu do pacjentek, kiedy nikt inny tego nie widzi.

„-Czy Pani chce karmić? -Tak. A ona mówi, że tego nie widać, bo co przychodzi to dziecko nie jest przy piersi. Wzięła małą i mówi do niej: „CHODŹ, BO CIĘ ZAGŁODZĄ”. (…) „Jak przyniosła małą do mnie, to już nic nie mówiła. A ja zamknęłam drzwi i się poryczałam…” (…) „A później na obchodzie to była miła i pomagała mi karmić, mówiła co i jak…” (…) „Najgorsze było to, że nikt mnie nie pytał o zdanie, a to ja wychodzę na wyrodną matkę, bo dziecka nie potrafię nakarmić…” (…) „W szpitalu dawali jej glukozę ze strzykawki i dokarmiali ją mlekiem, trochę mam przez to problem, bo teraz mała chce, by wszystko tak łatwo leciało…”.

Prawdę mówiąc nie wiem co zrobiłabym na miejscu przyjaciółki. Gdyby to zdarzyło się teraz, przy drugim porodzie- z całą pewnością nie pozwoliłabym na takie traktowanie i dokarmianie dziecka mlekiem modyfikowanym. Jednak przez matkę po porodzie przemawiają głównie emocje. Kiedy mówi jej się, że zagłodzi dziecko- to mimowolnie w to wierzy. Kiedy mówi jej się, że nie widać, że chce karmić- również zaczyna w to wierzyć i traci wiarę w laktację, mimo tego, że (tak jak w przypadku większości kobiet) zasypianie dziecka przy piersi nie jest niczym nowym. Z Kubą było dość podobnie. Przy laktacji kluczowe są pierwsze dni, kiedy mama i jej dziecko wspólnie się uczą. Młodej mamie przyda się wtedy ogromne wsparcie, a nie słowa, które sprawiają, że jest bliska załamania.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacja jakiej doświadczyła moja przyjaciółka może być jakąś odskocznią od norm w tym szpitalu. Uważam jednak, że tego typu sytuacje i takie podejście do pacjentek- w ogóle nie powinny mieć miejsca. Nawet jako „przypadek”. Do szpitala (nieważne w jakiej sytuacji) udajemy się ze swojego rodzaju zaufaniem do personelu. Oczekujemy należnej nam pomocy, a nie pogardy.

  • kiedy leżałam w szpitalu, a Agatka miała 10 miesięcy podawano mi antybiotyk, który miałam stosować jeszcze po wyjściu ze szpitala. spytałam, czy zażywając go mogę nadal karmić. pielegniarka spytała o wiek dziecka. kiedy usłyszała odpowiedź powiedziała: coooo? takie duże dziecko i jeszcze chce pani karmić? Oczywiście okazało się, że karmić mi nie wolno, ale samo podejście personelu medycznego było dla mnie nie do pomyślenia.

    • Miałam to samo jak w lutym, karmiąc jeszcze wtedy prawie 2,5-rocznego Kubę lekarka musiała dobrać mi antybiotyk… „JESZCZE?!”

  • Niestety jest to chyba pierwszy wpis Twój z którym się nie zgodzę. Rodziłam dwa razy w Pucku i nie wyobrażam sobie rodzić gdzie indziej. Pielęgniarki zawsze mi pomagały, zawsze były gdy czegoś potrzebowałam. Ba, gdy powiedziałam, że nie mogę małej przystawić do piersi zawołano do mnie radce laktacyjnego. Bardzo miła, mądra kobieta, która mi pomagała dzielnie. Siedziała ze mną dwie godziny aż Karina załapała.
    Jeżeli chodzi o sam poród to także pielęgniarki położne były ze mną, badały mnie i na zawołanie gdy tylko chciałam robiły USG , czy KTG.
    Dodam, że pierwszy raz rodziłam mając 17 lat, a położna odbierająca poród bardzo mnie uspokajała, mówiła żebym się nie przejmowała, że to dobry wiek na rodzenie itd. Drugą rodziłam mając 22 lata.
    Jedyne co na położnictwie w Pucku mnie wkurza to ordynator, który jest po prostu chamem i powinni go zmienić, na szczęście widziałam go tylko dwa razy.

    • Gosiu, tutaj nie ma się z czym zgadzać, bądź nie. Nie napisałam, że cały szpital to wielkie zło, a jedynie, że sytuacja z jaką spotkała się moja przyjaciółka jest złą. :)

  • Edyta

    Rodziłam w puckim sZpitalu i wspominam tam wsZystko bardzo dobrze . Pielęgniarki Bardzo miłe, położna bardzo mi pomagała prZy porodZie ,póŹniej pokazywała mi jak mam karmić małego. Pielęgniarki przypilnowaly małego jak chciałam iść pod prysznic, co chwilę któraś z pielęgniarek prZychodziła i pytała czy coś mi potrzeba i jak się czuję. Więc nie mam co narzekac. I też plus jest taki że jest pokój odwiedzin ,przynajmniej nikt nie wnosi żadnych chorób i nikt obcy nie patrZy jak karmisz dziecko i komentuje. Na SOR Też nie mogę narzekać ponoć zawsze otrZymaliśmy bardzo fachową. Jak to się mówi badz mily dla drugiego,a on będzie miły dla Ciebie.

  • Natalia W.

    Ja też rodziłam w Pucku. Też ogólnie wspominam bardzo dobrze czas na porodówce. Co prawda musiałam się trochę dopominać o wskazówki nt. karmienia piersią, ale bez gadania udzielano mi pomocy spokojnie i miło. Z Nikusiem obchodzili się bardzo delikatnie, ze mną zresztą też.
    Pamiętam, że razem ze mną rodziła wczasowiczka z Warszawy. Pomimo wcześniejszego przerażenia, że nie dane jej było rodzić u siebie (30 tc) to po wszystkim była bardzo zadowolona mówiąc, że w Warszawie nie ma szpitala, w którym porodówka byłabym jak dom. Także jak widać ile ludzi tyle opinii.