MATKA TEŻ CZŁOWIEK

(NIE)Towarzyska mama.

Mama Kubusia9 comments214 views

Przed przeczytaniem tego wpisu proponuję wypić kubek melisy, bądź zażyć tabletki uspokajające – gdyż wpis źle zinterpretowany może zagrażać Twojemu życiu i zdrowiu.

Ponad dwa lata temu na blogu, właściwie na samym początku jego istnienia (bo w pierwszym miesiącu), pojawił się wpis o niemalże identycznym tytule. Zebrał trochę komentarzy i z tego co pamiętam, odbił się ogromnym echem na starym, blogowym fan page. Pisałam wtedy o tym, jak często ciąża i macierzyństwo weryfikują wszystkie znajomości i jak grono przyjaciół stosunkowo często zamienia się na jedną, czy dwie koleżanki. Reszta odzywa się od czasu do czasu, a tak naprawdę po cichutku czeka na nasze potknięcie – ale to tak w skrócie. Kto pamięta tamten wpis – ten może odebrać jako jego kontynuację, a ten kto nie czytał i chciałby nadrobić – ma za zadanie odnaleźć ten wpis. Podobno warto.

W ciągu tych dwóch lat życie ponownie zweryfikowało wszystko co mnie otacza, w tym oczywiście znajomości – zarówno te internetowe, jak i realne, że tak powiem – codziennego użytku. Hipokrytką byłabym, gdyby nie dodała, bądź w tajemnicy próbowała uchować fakt, że miała na to wpływ również nasza wiosenna przeprowadzka  do Gdańska.Miała i to ogromny.

Na dzień dzisiejszy w Gdańsku nie mam żadnej koleżanki. Tak jak mieszkamy tutaj już pół roku, tak nie udało mi się poznać bliżej i zaprzyjaźnić z żadną inną kobietą. Choć słowa „nie udało się” są tutaj nieodpowiednie. Mogłabym ich użyć, gdybym próbowała to zrobić i po prostu by nie wyszło. A ja nawet nie próbowałam i nie próbuję nadal. Owszem, poznałam kilka dziewczyn chłopaków kumpli Grzesia, ale z żadną z nich nie doszło do bliższej znajomości. Dodatkowo śmiem podejrzewać, że nie dojdzie. Nie, nie było żadnych spin i problemów – ja po prostu na dłuższą metę nie byłabym w stanie znieść towarzystwa jakieś kobiety, więc najzwyczajniej w świecie go nie szukam. Wiem, że mnie samej nie wyszłoby to na dobre. Dodatkowo, nie wyobrażam sobie, abym komuś nowo poznanemu miała zwierzać się ze swoich osobistych problemów, czy życia intymnego. U mnie takie coś nie przejdzie i nigdy nie przechodziło. Od takich rzeczy mam na miejscu mamę Grześka, a w domu rodzinnym Mamę. Kiedy mam na co dzień czegoś naprawdę dość, zwierzam się Honoracie, choć nasza znajomość opiera się głównie na internecie – przecież widziałyśmy się raptem raz, prawie rok temu w Warszawie. A sorry, bo już mnie Honorata upomniała – widziałyśmy się dwa razy – drugi raz przyjechała z rodziną spotkać się ze mną w Gdańsku, gdy była na wakacjach nieco dalej.

Gdy przyjeżdżam do rodzinnego domu, też niespecjalnie mam ochotę z kimś umawiać się na piwo, czy kawę. To rzadkość. Dlaczego? Dlatego, że po prostu nie chce mi się opowiadać każdemu z osobna co u mnie słychać, jak się żyje – a jak sami pewnie wiecie, w praktyce słowa: „wszystko w porządku” nie wystarczają. Ludzie chcą wiedzieć więcej, poznać jakieś pikantne szczegóły i skrywane tajemnice, o których nie wie nikt inny. We Władysławowie zostawiłam sobie więc trzy koleżanki, ale na co dzień kontakt utrzymuję tylko z jedną z nich. Pierwszą z nich jest Malwina- znam ją od dziecka, bo mieszkałyśmy na jednym piętrze w bloku, dzieliło nas od siebie kilka kroków. To ona przez długi czas robiła zdjęcia, które oglądaliście na blogu, a całkiem niedawno została mamą ślicznej dziewczynki. Kolejną osobą jest Magda – chrzestna Kuby, o której czytaliście kiedyś niejednokrotnie. No i Natalia – ją też znacie, nieraz opowiadałam o tym, że nasze mamy poznały się u ginekologa, kiedy były w ciąży i od tamtej pory zostały bliskimi koleżankami. Swoją drogą, to właśnie na jej weselu przyjdzie nam się „bawić” w czerwcu przyszłego roku. I tak jak z reguły i z zasady nienawidzę tego typu imprez, znam Natalię wystarczająco długo, by móc sądzić, że będzie to gruba impreza.

Czy czuję się samotna? Czasami. Szczególnie wtedy, gdy Grzesiek ma kilka nocek z rzędu, a Kuba ma gorsze dni. Wtedy najzwyczajniej w świecie mam ochotę rzucić to wszystko i wyjść gdzieś się napić, ale tak porządnie. Niestety chcieć, a móc – to nie zawsze to samo.

Na co dzień jednak jest świetnie. Nikomu nie muszę się tłumaczyć z tego, co u nas słychać, jakie mamy plany, co jest fajne, a co mniej. Nie muszę słuchać żadnych plotek, opowiadań, nie muszę oglądać innych dzieci, no chyba, że mowa o placach i salach zabaw, ale to co innego. Rolę pana fotografa przejął Grzegorz i jak sami widzicie i chwalicie – świetnie sobie z tym radzi. Przyjaciółkę mam w mamie Grześka i mojej. Dzięki Bogu tak się złożyło, że mama Grzesia ma w wielu sprawach podobne poglądy i chyba śmiało mogę powiedzieć, że bardzo się polubiłyśmy. Chyba więc nadal nie będzie mi dane zrozumieć żartów o teściowej. Jednak nie narzekam.

Owszem, no czasami są dni, kiedy chętnie wyszłabym sobie gdzieś sama, bez Kuby i Grześka i wtedy zdarza mi się w duchu narzekać. Wiecie, coś w stylu „ku*wa, nie mam z kim, jestem w du*ie!” Ale jak chwilę o tym pomyślę, to dochodzę do wniosku, że to całkiem dobrze.

Po prostu nazbyt szczególnie nie ciągnie mnie do ludzi, a konkretniej do zdobywania nowych, bliskich znajomości. Mam sprawdzone i zaufane grono osób, z którymi spotykam się od czasu do czasu i tak naprawdę jest dobrze. Wręcz idealnie. Co innego wyjść z jakąś ekipą na miasto na chlanie, a co innego spotykać się z kimś codziennie i opowiadać o swoim życiu. Dla mnie to są dwie zupełnie różne sprawy.

Ktoś tu pewnie się pojawi i napisze mi, że robię źle, to i tamto. Ale serio wolę być szczera i nie mieć „koleżanek”, niż spotykać się z kimś i udawać, że go lubię, robić coś na siłę i wbrew swoim zasadom, wbrew samej sobie. Jak kiedyś kogoś spotkam, polubimy się, z czasem pojawi się zaufanie – to super. Jeśli nie, to nie i nie będę nad tym ubolewać.

  • To ja jechałam do Ciebie do Gdańska a Ty mówisz ze widziałysmy się w raz w Warszawie. Foch.

    • No i widzisz jaka ze mnie „koleżanka”. :D

  • Angelika

    W naszym przypadku wszystkie znajomości sie skończyły gdy zaczęliśmy z mężem sie czegos „dorabiać”. Póki mieszkaliśmy na wynajmie i mieliśmy stary samochód mieliśmy mega dużo znajomych. Nasz dom byl otwarty i ciągle ktos w nim byl. Gdy zaszlam w ciaze, zmienilismy auto na większe czesc znajomości sie skonczyla. Niestety ciut zamknęłam swój dom bo niestety nie wszyscy zdołali zrozumieć ze mam mdłości albo po prostu nie mam ochoty przyjmować gości albo wychodzić bo czułam sie jak slon. A gdy znalazłam mieszkanie lokatorskie w super standardzie za mala kasę na drugim końcu miasta praktycznie reszta znajomości sie skonczyla. Gdy urodzilam tylko jedna moja „przyjaciolka” mimo ze wczesniej odwiedzało mnie ich mnóstwo przyszlo „zobaczyć” moja córkę. Przyszla raz! Niestety nigdy juz więcej. Tak oto moje przyjaźnie sie skończyły. Mam jedna koleżankę widzę sie z nią często bo nasze dzieci nie mogą sie rozstać ale nie zwierzam się. Nie wierze w przyjaźń. Moim przyjacielem jest moj mąż i corka i choc nie umieją mi doradzić to kocham ich nad życie :)

  • Zawsze tak jest. U mnie to zaczęło się po przeprowadzce do Danii. Po roku pojawiła się Julka. Dawać sobie rade w Danii i nie mieć problemów finansowych jest prawie awykonalne ale jakoś nam się udaje. Ludzie. Nie chcą o tym słuchać. Czekają tylko jak powiesz kurde nie układa nam się etc. Ale jak idxie ci dobrze to zapomnij o przyjaciołach tych w kraju ojczystym czy e tym w którym obecnie mieszkasz. Ostatnio myślałam że moja przyjaciółka tutaj będzie ze mną zawsze. A w jeden wieczór wbił mi nóż w plecy i okazało się ze nie może znieść tego ze mam dziecko, studia i firmę która dobrze sobie radzi. I co.? I teraz boje się kogokolwiek dopuścić do siebie.. ale cóż. Nie dziwię się Tobie kochana :) samemu tez jest dobrze. Dzieci są najważniejsze i to one już zawsze będą nas podnosił na duchu :) i mąż-partner oczywiście ;)

  • Wiesz, czasem lepiej być samotnym niż mieć wokól zawistne koleżanki…..aczkolwiek czasem dobrze człowiekowi zrobi taka rozmowa z inna mamą, kobietą, wyjście na miasto…. Jednak musi to byc ktoś z kim naprawdę warto, bo tak jak piszesz – nic na siłe :)

  • marysia

    Jakbym czytała o sobie :) Mam swojego faceta, rodzine, znajomych ze studiów, z którymi widuje się na zajęciach i czasami wyskocze na piwo po i przyjaciół jeszcze z domu rodzinnego, z ktorymi widuje się raz na dwa miesiące. I to mi w zupełności wystarczy. Nie wyobrażam sobie widywać się z kimś na codzień i zwierzać ze swoich problemów. Z własnego otoczenia zauważyłam, że kiedy zaczynasz już swoje życie (mam na myśli zamieszkanie z facetem, śluby dzieci itd) to posiadanie takich przyjaciółeczek, spędzanie z nimi od groma czasu i opowiadanie im o swoim życiu osobistym zawsze kończy się źle.

  • Ola

    Przeżywałam coś zupełnie podobnego. 2 raz tak na serio i stałe zmieniłam miejsce zamieszkania. Pierwszy raz gdy wyjechałam do szkoły – poznałam mnóstwo na prawdę fajnych ludzi – pozostał kontakt telefoniczny z dwiema, trzema osobami. Czasem się zwierzam, ale nie szczególnie – może tylko dlatego, że jesteśmy porozrzucani po różnych zakątkach i jeden drugiemu w „miskę” nie zagląda. Mieszkałam tam 3 lata i wydawało mi się, że mam ludzi na których mogę liczyć, którzy jak w ogień i na dobre i na złe – no to się przeliczyłam. Zaszłam w ciążę. Odeszłam ze szkoły jeszcze z brzuchem a 2 miesiące przed porodem. Zgadnij, czy ktoś przyjechał (100 km)?

    Drugie, a właściwie trzecie miejsce to mój obecny dom. Mieszkam tu już 4 lata, 2 miesiące temu wzięłam ślub. Długo były tylko koleżanki – dziewczyny kumpli mojego męża. Wkurzałam się o to niemiłosiernie. „Jak to, nie masz z kim wyjść, nie masz z kim pogadać? Przecież jest Basia dziewczyna Marka, Joasia dziewczyna Marcina i Daria dziewczyna Piotrka, no co Tobą?”. Argument, że ich przecież KOMPLETNIE NIE ZNAM! I że jeden raz przy piwie to za mało, żeby zaufać komuś na tyle by móc opowiedzieć jak znoszę trudy macierzyństwa, jak mi czasem ciężko i czuję się bezużyteczna – nie docierał! Z kilkoma z tych dziewczyn po tych czterech latach załapałam na prawdę dobry kontakt. Niektóre wystawiły mnie w perfidny sposób – jak to ludzie.

    Na dzień dzisiejszy zebrałam się w sobie cała, otworzyłam własną firmę która zaczyna świetnie prosperować, jakoś sobie żywot ogarniam, trenuję – żyję – mam tu bardzo dobrą koleżankę, wspólniczkę, stworzyłyśmy razem swój drugi po dzieciach i mężu kawałek świata. Dobrze mi z tą odskocznią. Tym bardziej, że czuję, że robię to dla nich.

    Nadal się nie zwierzam zbyt szczególnie. Z tych najintymniejszych rozterek rozlicza mnie mąż. Największą miłością darzy mnie córka. Co więcej? No chyba nic.

  • Be Slim

    Mysle podobnie jak Ty. Gdy wyjechalam 4 lata temu do Uk moje studenckie znajomosci sie skonczyly. W sumie jakie kolwiem polskie znajomosci sie skinczyly. Dzieki temu wyjazdowi zobaczylam kto chcial mnie tylko wykorzystac i dzieki mojej pomocy zaliczyc studia . Tak naprawde jedna osoba czasem zapyta sie co u mnie a reszta zapimniala, ma mnie w du*pie… Coz zycie. Na chwile obecna mam takie samo podejscie jak Ty. W sumie cale zycie bylam typem samotnika i nie ejst mi z tym zle. Moze keidys jeszcze znajde chocia jedna normalna kolezanke, przyjaciolke. Bo przez 26 lat jesCze taka sie nie nawinela:)
    Pozdrawiam Cie cieplutko:)