MACIERZYŃSTWO

Mamuusiuu – czyli o tym, czego powinnaś nauczyć swoje dziecko.

Mama Kubusia2 comments220 views

Dzieci są jak puste słoiki. Czym Ty wypełnisz swoje?

Kiedyś myślałam, że najważniejszy etap w wychowaniu dziecka to czas nocnych kolek, taplania się w pieluchach. Myślałam, że jeśli przeżyjemy szczęśliwie pierwsze trzy miesiące, to potem będzie już z górki. Ach, głupia ja, naiwna. Prawda jest taka, że nawet bez naszej szczególnej pomocy dziecko nauczy się siedzieć, chodzić, jeść, biegać i mówić. Prędzej, lub później, ale się nauczy. Nasza obecność może wspomóc ten proces, jednak w żaden sposób u zdrowego dziecka tego nie zatrzymamy. Takie rzeczy przychodzą samoistnie, taka kolej rzeczy.

Są jednak rzeczy, których dzieci nie nauczą się same. Sprawy, o których musimy opowiedzieć im my, rodzice- zanim wyprzedzi nas ktoś inny. Dzieci są jak puste słoiki. Gąbki, które chłoną wszystko co widzą i słyszą. Droga mamo, czy wiesz, czego powinnaś nauczyć swoje dziecko?

OKAZYWANIE UCZUĆ.

Dziecko nie jest jasnowidzem. Sama Twoja obecność naprawdę nie zapewni mu poczucia bezpieczeństwa. Dziecko potrzebuje usłyszeć, że je kochasz. Chce, byś je przytuliła, pocałowała, wyściskała. Ostatnio ktoś narzekał, że dziecko ma już ponad rok i przytulać się nie chce, że tęskni za czasami niemowlęctwa dziecka. I przypomniałam sobie rocznego Kubę, którzy rzeczywiście w tamtym okresie przytulał się mniej. Przypominam sobie też dwuletniego Kubę, który nagle zachciał przytulać się częściej. Przypominam sobie też mojego trzyletniego Kubę w dniu minionym, dzisiejszym i każdym innym i teraz już wiem, że wszystko wróciło do normy. Kuba sam przychodzi, przytula się, całuje, mówi, że kocha. Czasami jest tak aż do znudzenia, aż do przesady. „Mamusia, przytulić!” – słyszę kilkanaście razy dziennie. Jednak prawda jest taka, że potrzebujemy tego. I on i ja. Tej pewności. Pewności tego, że się kocha i jest się potrzebnym. I wierzcie mi lub nie, ale są takie chwile, w których mam wszystkie dość i te dwa słowa zbuntowanego trzylatka, który czasem doprowadza mnie do szewskiej paski – pomagają. Takie niewidzialne antidotum w postaci chłopca, który waży niespełna czternaście kilogramów.

OKAZYWANIE WDZIĘCZNOŚCI.

Sytuacja powtarza się niemal codziennie. Kuba nakruszy bułką na podłogę, a że ja z tych lewniwych, co odkurzacz z szafy raz dziennie wyciągają- idę po miotłę. Zmiatam sobie, zmiatam, a Kuba tymczasem biegnie do kuchni po szufelkę. Zawsze tak jest. Nieważne, czy się bawi, śpiewa, rysuje- cokolwiek nie robi, przerwie to i pobiegnie po tą szufelkę. I nie dlatego, że tak go nauczyłam, że musi, że powinien. Nie. Po prostu zrobił to raz (zdążył zauważyć, że do miotły potrzebna jest szufelka) i go za to pochwaliłam. Podziękowałam. I tak dziękuję mu za każdym razem, codziennie, czasem nawet kilka razy. Oczywiście, mój syn nie jest aniołek i do niego czasem mu bardzo daleko. Są sytuacje kiedy Kuba ma wszystko gdzieś i pokazuje to na każdym kroku, w efekcie czego śpi z pokruszoną bułką w jednym łóżku.

KŁÓTNIE Z SZACUNKIEM.

Kto przynajmniej raz dziennie przeklnie sobie pod nosem, ręka do góry! Brawo, sami swoi. A teraz niech podniosą rękę Ci, którym uda się przynajmniej raz w tygodniu nie pokłócić z nikim. Widzę zdecydowanie mniej rąk, ach, jacy podobni jesteśmy. Dobra, nieważne. Zdarza Wam się kłócić z kimś przy dziecku? Na pewno, nawet mi zdarzyło się kilka razy posprzeczać mocniej z mamą i chcąc nie chcąc, ściany cienkie są w blokach. Podejrzewam, że kiedy ja, czy Grzesiek podniesiemy głos – też słyszy nas pół osiedla. Taki urok mieszkania w bloku. I chociaż pewnie każdy z nas stara się nie przeklinać przy dziecku – są chwile, kiedy słowo na „k” samo ciśnie się przez usta i nie jesteśmy w stanie powstrzymać potoku słów. To normalne, jesteśmy tylko ludźmi. Ale, ale, ale… „Ty idiotko, jak mogłaś tego kurwa nie zrobić, pojebana jesteś?„, „Dlaczego tego nie zrobiłaś, przecież prosiłam?„. Widzicie różnicę między pierwszym, a drugim? Dziecko też ją widzi, naprawdę. A to co widzi w domu- wynosi po za dom. To czym przesiąknie w dzieciństwie- zaoowocuje w przyszłości. Czas szybko leci, prawda? A no niestety.

PRZEPRASZAM.

Kuba przytula mnie często. Czasem ot tak, bo ma ochotę na chwilę bliskości. Czasem robi to jednak, by przeprosić mnie za coś, co zrobił. Nie mówię tu oczywiście o rozlaniu picia na podłogę, czy wysypaniu śmieci z niezawiązanego jeszcze worka. Dziecko, jak to dziecko- zdarza mu się niechcący zrobić coś złego, niefajnego, czasem bolesnego. Kubie też się to zdarza, bo wbrew temu co sądzą niektóre zaglądające tu człowieki- nadal jest normalnym chłopcem. Ale wróćmy do sedna. Kuba przytula, kiedy uzna to za konieczne. Przykładowo taka sytuacja: leżymy na łóżku, kopie nóżkami obok mnie, mówię, by uważał, ma mnie gdzieś, kopie dalej, kopie mnie w twarz (lekko czy nie- nie ma różnicy).  Co robi? Przytula, ściska mocno i mówi przepraszam. Nie nauczyłam go tego. Owszem wie, że kiedy zrobi coś nieodpowiedniego to powinien przeprosić, ale nigdy nie wymagałam od niego, aby przepraszał mnie za coś co zrobił. Chociaż? Nie wiem jak Wy, ale ja przepraszam swoje dziecko. Za to, że czasem krzyknę, że przypadkowo nadepnę mu na nogę, albo wpadniemy na siebie po drodze i on upadnie. I zawsze dopiero po jakiejś chwili, kiedy jesteśmy sami, ale przytulam i przepraszam. Kuba też przeprasza, oczywiście jeśli naprawdę ma na to ochotę.

SPONTANICZNOŚĆ.

To akurat coś, czego to my powinniśmy uczyć się od naszych dzieci. Beztroski, spontaniczności i ogromnej wyobraźni. Wiecie ile razy Kuba przychodzi do mnie z wyciągniętymi z kieszonki spodni niewidzialnymi pieniążkami? A wiecie ile razy wręcza mi niewidzialny puchar? Głupia sytuacja dzisiaj w Mc Donald’s – jemy w trójkę frytki, Kuba siedzi między nami i nagle obejmuje mnie jedną ręką i coś tam opowiada, czy tłumaczy. I tak kilka razy. Niby tak mały gest, tak prawie niewidzialny, ale… Ale cholera, po prostu zajebisty! Bo inaczej się tego opisać nie da. Dzieciaki – mimo tego, że czasami naprawdę swoim zachowaniem doprowadzają nas do szaleństwa i mamy ochotę uciec gdzie pieprz rośnie – są najcudowniejszym, co nam się w życiu przytrafiło. A przynajmniej ja mam takie zdanie i odczucia.

A wracając jednak do samego porównania przeze mnie dziecka do pustego słoika. Jeśli spojrzeć na to od drugiej strony, to my – dorośli, jesteśmy jak słoiki po brzegi wypełnione groszkiem. Spróbujcie wyciągnąć ziarenko z jego spodu, bez wyciągania pozostałych… Dlatego pomyślmy o tym, czym wypełnimy nasze dzieci.

DOPISUJEMY COŚ DO LISTY?

IMG_0514

IMG_0521

IMG_0522

IMG_0533

IMG_0547

IMG_0576

IMG_0579

Ps. Niebawem opowiem Wam też o głupotach, które nauczyłam Kubę. ;)

  • Okazywanie wdzięczności….tego uczyłam najdłużej i wciąż uczę :) Jakos przepraszanie i okazywanie uczuc w miare łatwo córce przyszło :)

  • Też mam trzylatka i zgadzam się z Twoimi słowami, chociaż mnie tak czasami zaskakuje że nie wiem co mam mu odpowiedzieć :)