MATKA TEŻ CZŁOWIEKSINGLE PARENTING

BISZ W SŁUCHAWKACH I JADĘ.

Mama Kubusia13 comments306 views

Słuchawki w uszach, czarne okulary, ogromny szal i spory kaptur. 

Godzina ósma rano. Na moje szczęście za oknem świeci słońce, więc mogę założyć ogromne okulary przeciwsłoneczne, które pozwolą schować mi się przed światem. W oczach i tak migają mi jedynie wytwarzane przez mózg slajdy i nie chcę, by ktoś widział jak na nie reaguję. Kupuję bilet u kierowcy autobusu i zajmuję pierwsze lepsze miejsce. Dookoła mnie nastolatkowie jadący do szkoły na drugą godzinę lekcyjną – wszyscy uśmiechnięci, chociaż wyraźnie zaspani. Zamykam oczy i staram się nie myśleć o niczym, ale po ich otwarciu spod jednej z powiek wydobywa się maleńka łza. Zastanawiam się, czy ktoś mógł ją zauważyć. A jeśli zauważył – co pomyślał? Po kilku sekundach uświadamiam sobie jednak, że nie ma to żadnego znaczenia. Nagle ból w klatce piersiowej narasta i przypominam sobie, że rano nie przyjęłam kropel na serce, które od tygodnia podtrzymują moje funkcjonowanie, choć określiłabym to bardziej mianem przetrwania.

Mój przystanek, wysiadam, z torebki wyciągam papierosy i trzęsącą się ręką sięgam po zapalniczkę. Zaciągam kaptur jeszcze mocniej na głowę i idę do tego pieprzonego urzędu, do którego nie mam ochoty pójść choć to tylko formalność. Podpisanie listy i wyznaczenie nowego terminu. Zresztą, nie mam ochoty iść nigdzie. Ostatnimi czasy jednak nauczyłam się, że czasem nie robi się tego co się chce, a robi się to co będzie dobre i lepsze. Choćby nie wiem co. Wchodzę do urzędu, drukuję sobie numerek, przede mną nikogo. Po około dziesięciu minutach walki z myślami wyświetla się wreszcie mój numerek. Pani w urzędzie dobrze mnie zna i doskonale wie, że zaglądam tam tylko w przerwie między zleceniami, aby mieć ciągłość ubezpieczenia. Tym razem jednak pyta mnie dodatkowo o coś jeszcze. O coś, o co w tym momencie nikt nie powinien i nie ma prawa pytać. Pyta mnie o coś co sprawia, że siedzę na krześle w urzędzie, moje oczy zalewają się łzami, a ja nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa. Resztkami sił podpisuję się w okienku na białej kartce i wychodzę.

Zakładam okulary, zaciągam kaptur, odpalam papierosa i idę w kierunku przystanku cały czas nie mogąc powstrzymać łez. Zresztą, kto w takiej sytuacji potrafiłby je powstrzymać? Każde słowo, które wpada w moje uszy przez podłączone do telefonu  słuchawki sprawia, że moje serce bije coraz szybciej, a nogi się uginają. Mam szczęście – podjechał prywatny busik, więc nie spędzę pół godziny na przystanku jak ostatnia ofiara losu. Wsiadam, kupuję bilet, zajmuję jedno z ostatnich wolnych miejsc. Dookoła mnie sami mężczyźni, a ja i tak nie mogę powstrzymać łez. Pod koniec drogi do domu nieco się uspokajam. Po drodze zachodzę do Żabki, by kupić swój ulubiony od roku bananowy sok. I jeszcze paczkę fajek. Kiedy wchodzę do domu Kuba jeszcze śpi, więc mogę spokojnie napić się kawy. O ile w tej sytuacji w ogóle można mówić o jakimkolwiek spokoju.

Jest lekko przed południem, zaczynam robić z mamą porządki. Staram się nie płakać. Wszystko, by nie myśleć. Wszystko, by nie wpuszczać do głowy świadomości tego, że ktoś inny w tym momencie też płacze, że komuś jest tak samo ciężko jak mi. Robię teraz wszystko, by nadal wierzyć w to, że tak będzie lepiej, że to najlepsza opcja z możliwych. Wszystko, by nie odczuwać tego przeraźliwego bólu, który paraliżuje całe moje ciało. Prawie się nie odzywam, bo co mam niby mówić? Mija kilka godzin i okazuje  się, że całkiem sporo z mamą zrobiłyśmy. Spokojnie się zmieszczę. Kilka rund ze śmieciami. Kuba radośnie puszcza bańki pod blokiem, a ja myślę tylko o tym, by nikogo nie spotkać. Nie wytrzymam nawet prostego pytania: „Co słychać?„.

Siedzę, przeglądam sieć. Mam ochotę pójść spać, ale wtedy znów nie prześpię nocy. Niebawem będzie lepiej.