MATKA TEŻ CZŁOWIEK

MOJE ŻYCIE JEST JAK MORZE

Mama Kubusia3 comments458 views

Czasem niezwykle spokojne, czasem wzburzone, a innymi razy pieni się ze szczęścia.

Rok temu o tej porze byłam najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. Kim jestem teraz?

Ostatnie dni spędziłam na dokładnej analizie wszystkiego, co w ciągu ostatniego roku zdarzyło się w moim życiu. Szczególnie jednak rozmyślałam od ostatnimi miesiącami. Doskonale pamiętam jak wzbijałam się wysoko i pływałam między pieniącymi się falami szczęścia. Jednak jeszcze lepiej pamiętam zderzenie z niewidzialną szybą, która wrzuciła mnie między wzburzone i złowrogie fale. Długo się o nie obijałam. Jednego dnia topiły mnie bezlitośnie, a po chwili pozwalały zaczerpnąć mi powietrza tylko po to, by znów wciągnąć mnie pod wodę. Wodę czułam w gardle, czułam w płucach i całym swoim ciele. Nie wypełniało mnie już nic innego. Pustka i woda. Bardzo szybko przyzwyczaiłam się do tej szarpaniny, jaką fundowały mi wzburzone fale morza, w którym topiłam się przez jakiś czas. Początkowo byłam pewna, że nie ma już dla mnie ratunku i ten stan będzie trwał w nieskończoność. Była pewna, że prąd wciągnie mnie jeszcze głębiej. Z czasem przestałam o tym mówić, ale nie oznaczało to, że było mi lepiej. Kiedy jednak zdarzało mi się wypowiedzieć parę słów, one wcale nie sprawiały, że było łatwiej. Woda wciąż zalewała mi oczy i usta. Byłam pewna, że tak będzie już zawsze.

Poddając się falom i pozwalając im na rzucanie sobą o ostre krawędzie skał – przeczekałam najtrudniejszy sztorm w swoim życiu. Kiedy pogodziłam się ze złowrogimi falami, zaczęłam się do nich przyzwyczajać, a i nawet je polubiłam – one z dnia na dzień zdawały się ustępować. Z czasem przestały mnie topić. Płynęłam wtedy w głębinach spokojnego morza próbując wydostać się na powierzchnię. Udało mi się i zaczęłam pływać po spokojnym morzu. Od czasu do czasu widziałam jeszcze złowrogie fale, lecz gdy tylko dostrzegały je moje oczy – zaczynałam płynąć w inną stronę.

Płynąc na oślep, wykończona monotonią spokojnego morza postanowiłam odpocząć, właściwie odpuścić. Wtedy w ręce wpadła mi mapa, którą wypuściła przelatująca nade mną o zachodzie słońca mewa. Niewiele jeszcze z niej rozumiałam w tamtym momencie, jednak jakimś cudem udało mi się odnaleźć na niej drogę do celu, który chcę osiągnąć. Był nim stały ląd. Wiedziałam, że jestem blisko skoro udało mi się zobaczyć żywe, latające stworzenie. Zebrałam wszystkie siły i po spokojnym morzu płynęłam do celu. Tym celem był najbliższy port. Port, w którym zaczęło się całe moje życie. Jakimś dziwnym trafem znów się w nim znalazłam, otoczona wszystkim tym, co znajome i na swój sposób bezpieczny. Wiedziałam jednak, że ten port jest jedynie przystankiem.

Kiedy ponownie nabrałam sił postanowiłam płynąć dalej, tym razem jednak trzymając się mapy, którą napisałam sama. Nadal płynę. Czasem resztkami sił, a innym razem pełna entuzjazmu. Chwilami widzę jeszcze te złowrogie, wzburzone fale. Czasem są bardzo blisko, a ja znów zaczynam się bać. Coraz częściej jednak widzę te pieniące się fale szczęścia.

Płynę. Bez względu na to, czy morze jest spokojne i gładkie, czy wzburzone, czy może tańczy ze mną ze szczęścia. Już zawsze będę płynąć. I może kiedyś dopłynę do portu, na którym zdecyduję się zostać na dłużej.

 

  • M.

    Świetny tekst, chyba jeden z Twoich lepszych ostatnimi czasy. Idealne porównanie, sama nigdy bym na coś takiego nie wpadła.

  • płyń kochana i NIGDY nie przestawaj :)))))