MATKA TEŻ CZŁOWIEK

#MYFIRST7JOBS

Mama Kubusia2 comments1139 views

Nie samym blogiem człowiek żyje! A może nie z samego bloga? Zainspirowana łańcuszkiem #myfirst7jobs opowiem Wam, jak wyglądało to u mnie.

Moja pierwsza praca

Już jako mała dziewczynka byłam bardzo przedsiębiorcza. Latem, razem z koleżankami z podwórka prowadziłyśmy sklep pod klatką. I to nie byle jaki! Wycinałyśmy serwetki z kartek i pozbywałyśmy się rzeczy, którymi się nie bawimy. Co ciekawe, taka serwetka była wtedy warta kilka groszy i każda z nas chyba wychodziła na tym na czysto – w końcu kupowałyśmy od siebie. Bardzo miło wspominam ten dziecięcy epizod.

Roznoszenie ulotek

Wydaje mi się, że chyba każda z nas próbowała takiego rozwiązania. Moje było stosunkowo przyjemne, bo nie musiałam sterczeć jak pajac na ulicy i wciskać ludziom ulotek – miałam je jedynie poroznosić po klatkach schodowych, poupychać obok skrzynek pocztowych. Na roznoszenie ulotek ludziom na ulicy raczej bym się nie zdecydowała, ale to nie z powodu wstydu – po prostu widzę jak społeczeństwo często omija takich pracowników szerokim łukiem, nie zerkając nawet na treść ulotki. A jeśli w takim wypadku wypłata uzależniona jest od ilości przekazanych ulotek – robi się najzwyczajniej w świecie przykro. Dlatego ZAWSZE biorę ulotki od ludzi, którzy je roznoszą. Nawet, jeśli po chwili planuję zgnieść ją i wyrzucić do śmietnika.

Spakować?

Najlepsza praca ever, czyli jak zarobić i się nie narobić. Jako nastolatka, bodajże miało to miejsce przez pierwszą klasę szkoły średniej – w wakacje, we wszystkie weekendy i czasem w dni powszednie pakowałam ludziom ich zakupy w jednym ze sklepów w mieście. Praca marzenie, mówię Wam – obok mnie stała puszka, na której mogłam napisać co chcę, a ludzie po prostu wrzucali tam od siebie, ile chcieli. Początkowo ciężko było mi się przemóc, ale kiedy w pewien lipcowy dzień zauważyłam, jak ogromne pieniądze można na tym zarobić wiedziałam, że znalazłam koniec tęczy. Co prawda po ośmiu godzinach pakowania zakupów bolały ręce, ale wynagrodzenie naprawdę było tego warte.

Przynieś, podaj, pozamiataj.

W tym samym sklepie przez dwa sezony pracowałam jako normalny pracownik  sklepu. Wiecie – rozkładałam towar, metkowałam go, dbałam o czystość i takie tam rzeczy, które wykonuje normalny pracownik samoobsługowego sklepu. Muszę przyznać, że nie było lekko, kiedy załóżmy jednego dnia wjechało kilka ogromnych palet z towarem. Uwielbiałam poranne dostawy nabiału i wykładanie go na półki, z kolei nienawidziłam wykładania dostaw różnego rodzaju słodyczy. Choć naprawdę można było ciężko się narobić, lubiłam te pracę. Kiedy skończyłam liceum i ostatnie wakacje przed przeprowadzką spędzałam w rodzinnej miejscowości, w ostatnim miesiącu pracy w tym sklepie trafiłam na kasę na dziale mięsnym. Byłam przerażona, serio. Ja – osoba, której na sam widok surowego mięsa z tłuszczem i żyłami zbiera się na wymioty – miałam brać mięso do rąk i nabijać je na kasę. Pierwsze dwa dni były dla mnie koszmarem psychicznym, potem przywykłam. A i ucieszyłam się na koniec miesiąca z premii, jaką otrzymali wszyscy kasjerzy.

A może frytki do tego?

Po przeprowadzce do Gdańska zapisałam się do szkoły policealnej i chciałam kształcić się w kierunku reklamy. Szybko jednak musiałam wybierać między zarobkiem i przyjemnościami, a edukacją i oczywiście postawiłam na to pierwsze. Pracę w Mc Donald’s w Galerii Bałtyckiej zaczęłam we wrześniu, a już w listopadzie otrzymałam awans na instruktora. Oczywiście nie spodobało się to osobom, które pracowały tam znacznie dłużej ode mnie, jednak nie dały mi tego po sobie w żaden sposób poznać. Mimo zapierdzielu bardzo dobrze wspominam rok, który tam spędziłam. Mieliśmy naprawdę bardzo zgraną ekipę – w pracy atmosfera była mega, a po pracy było z kim napić się alkoholu. Zarobki? Myślałam, że z pracy w Mc Donald’s nie da się wyżyć, więc byłam w mega szoku. Miałam wolne kiedy chciałam i kiedy tylko potrzebowałam, jednak wynika to chyba z racji tego, że zastępca kierownika był moim dobrym kumplem, z którym nierzadko zapijałam weekendy. Po roku, kiedy postanowiłam się zwolnić otrzymałam bardzo ładne świadectwo pracy. Wróciłam wtedy do rodzinnej miejscowości na trzy miesiące.

Dzień dobry, czy mogę zająć chwilę?

Zimą 2009, po ponownej przeprowadzce do Gdańska… Wyobrażacie sobie, że pracowałam w telemarketingu? Prawdziwy koszmar, prawdziwy wyścig szczurów, nigdy bym tego nie powtórzyła, chociaż cała zabawa trwała może dwa miesiące. Nie miałam serca naciągać ludzi na spotkania, na prezentacje rzeczy, których i tak nie kupią. Nie miałam ochoty wciskać ludziom kitu. Ponownie wróciłam do rodzinnego miasta.

Jaki numerek stolika?

w 2009 trafiłam do baru „Hanka” we Władysławowie, ulokowanego przy ulicy Morskiej – jednej z najbardziej obleganych przez turystów. Początkowo nie byłam pewna, czy sobie poradzę, bowiem zmagałam się z wieloma problemami osobistymi. Dodatkowo, wyobraźcie sobie akcję – na rozmowę przychodzę w czarnych włosach, a pierwszy dzień pracy powitałam z żółto-pomarańczowymi włosami, bo postanowiłam nagle je rozjaśnić. Do dziś dziwię się, że pozwolono mi tak pracować i nie wykopano mnie na zbity pysk tego samego dnia. Początkowo roznosiłam jedynie posiłki i napoje do stolików, a potem pilnowałam, by były czyste zanim usiądą następni klienci. Z czasem stanęłam też za barem, co zdecydowanie bardziej mi się podobało. W tym miejscu spędziłam bodajże trzy lata i wspominam ten czas niezwykle dobrze. Pracowałam w fajnym systemie godzin (od 8:00 do 20:00, albo od 11 do końca – czyli mniej więcej 22:00, czasem maksymalnie 23:00), dostawałam za to naprawdę fajne pieniądze i napiwki.  Przyznam jednak, że to właśnie w tym miejscu napracowałam się najbardziej. Początkowo zapierdziel w pocie czoła kojarzyłam z okresem przedświątecznym w Mc Donald’s, gdzie nie było czasu na siku i papierosa. Jednak praca w „Hance” była bardziej wymagająca – w końcu nie stałam w miejscu, a latałam i za barem i między stolikami. Było ciężko, kiedy trafiali się ludzie nienormalni, a jak wiecie – latem w miejscowościach turystycznych takich nie brakuje. Nie raz, nie dwa zdarzało mi się uczestniczyć w jakiejś aferce. W kwietniu 2010 uczestniczyłam nawet w akcji z policją, po której bałam się przez chwilę pracować i wychodzić z domu (nie, nie – nie zrobiłam niczego złego!). Sporo wrażeń, sporo lekcji, z których wyszłam cało, bogatsza w doświadczenia. Miałam nawet okazję spędzić tam prawie miesiąc będą już w zaawansowanej ciąży, oraz kiedy Kuba był mały – dorobiłam sobie przez kilka weekendów. Wspominam niezwykle miło, szczególnie wyrozumiałą szefową.

Blog i copywriting

W 2013 roku powstało to miejsce i z czasem zaczęłam na nim zarabiać. Bezdyskusyjnie – cudownym uczuciem jest zarabianie na swojej pasji. Dodatkowo dzięki temu miejscu poznałam Honoratę, która pokazała mi, czym jest copywriting. Z czasem znajdowałam innych zleceniodawców i pisałam na naprawdę różne tematy. Niedawno nawet miałam okazję redagować gotowe już teksty, co bardzo mi się spodobało. I obecnie żyję właśnie z tego – z prowadzenia bloga i pisania różnego rodzaju tekstów (zarówno na blogi i portale, jak i tych na poważniejsze – typowo tematyczne). Jest trochę biegania przy podpisywaniu umów i pilnowaniu terminów, ale naprawdę bardzo to lubię. Co dalej? Opowiem Wam, jak już całkowicie stanę na nogi.

 

A jak wyglądało to u Was?

  • Alex

    A gdzie mozna znalesc Twoje teksty? Poza blogiem oczywiscie :) ?

  • Kalinka

    Hej! Ciekawa historia. Sama miałam tyle szczęścia, że zaczęłam już pierwszą pracą tak, jak chciałam – czyli pracuję z domu i opiekuję się Maksiem. Tivron – obsługa klienta zagranicznego na przysłowiowej słuchawce.