MATKA TEŻ CZŁOWIEK

ODPUŚCIŁAM

Mama Kubusia2 comments606 views

Jeszcze kilka lat temu odpuszczaniem nazywałam dolegliwość osób słabych, które najzwyczajniej w świecie zostały przytłoczone jakimiś sytuacjami. Myślałam, że brakuje im sił i dlatego nie walczą o swoje. Ja, zawsze walcząca do końca i biegnąca do celu po trupach nie wyobrażałam sobie, abym mogła być jedną z nich – tych, którzy odpuszczają. Po latach zrozumiałam, że jest wręcz przeciwnie – świadome odpuszczanie to domena silnych i mądrych ludzi. 

Nigdy nie należałam do osób, które odpuszczały, a wręcz przeciwnie. Swoje cele realizowałam nie patrząc na to, jak niszczę wszystko dookoła siebie. Kompletnie interesowało mnie czy kogoś ranię, liczyło się tylko to, aby mój cel został osiągnięty. Nie umiałam się poddawać, nie umiałam odpuszczać, nie umiałam przegrywać. Nawet kiedy targałam się na swoje życie nie odpuszczałam. Zawsze musiałam dopiąć swego.

Wielokrotnie dziwiłam się innym ludziom, którzy w moim osobistym odczuciu najzwyczajniej w świecie odpuszczali, kiedy jakaś sytuacja zaczynała ich przerastać, lub kiedy obrana przez nich droga okazywała się nie być tą właściwą. Nie mogłam zrozumieć dlaczego się poddają, zamiast twardo gnać na przód, jak ja.

Ostatnimi czasy sporo dni spędzam nie włączając nawet laptopa, a w telefon spoglądając od czasu do czasu. Często znikałam przed Wami bez słowa wyjaśnienia. Wybierałam realne życie, zamiast tego wirtualnego. W tym wirtualnym świecie wszyscy są tacy mądrzy, obeznani. Tu specjalista od tego, tam od tamtego. Wszystko wiedzą najlepiej, plują swoim jadem dookoła, udając idealnych i boskich, podczas gdy w realnym życiu mają chlew dookoła siebie. Z pewnością obserwujecie takie sytuacje wśród swoich znajomych i wiecie o czym mówię. Gdzie się nie obejrzałam, tam jakaś afera, tam jakiś spisek. Z każdym dniem miałam tego dość i docierało do mnie, że wiedza, która do mnie dociera nie jest mi zupełnie potrzebna do szczęścia. Kiedy wszystko to, co oglądałam na jednym z portali społecznościowych zaczęło najzwyczajniej mnie przerażać i irytować do granic możliwości – usunęłam swoje konto, po czym utworzyłam nowe, znacznie ograniczając do niego dostęp osobom trzecim. I już po kilku dniach mogę powiedzieć, że żyje się lepiej. Mniej tej zawiści, mniej tego fałszu i sztucznych uśmiechów, a przede wszystkim mniej złotych rad „ciekawskich znajomych”. No cholera, ja naprawdę gdzieś mam to, że komuś coś przeszkadza, że komuś coś się nie podoba. To, że ktoś zrobiłby coś inaczej. Ja robię to tak, a nie tak, jak ktoś by zrobił.

Doszłam do takiego momentu w życiu, że naprawdę coraz mniej zależy mi na rzeczach i zjawiskach, które wcześniej były dla mnie wyjątkowo ważne. Ostatnie noce są dla mnie wyjątkowo ciężkie, dopadła mnie straszna bezsenność i znów sypiam po kilka godzin na dobę. Dzięki temu jednak miałam – a właściwie nadal mam – całkiem sporo czasu na przemyślenie różnego rodzaju sytuacji, które ostatnimi czasy miały miejsce w moim życiu i w życiu osób mi najbliższych.
Spoglądałam na to, jak osoby, które kiedyś były dla mnie wzorem zamieniały się w najgorsze demony. Z uwagą przyglądałam się temu, jak ludzie wbijają sobie noże w plecy tylko po to, aby po chwili łasić się jak kot. Widziałam jak ludzie pod presją otoczenia udawali kogoś, kim nie są i wypowiadali słowa, które tak naprawdę niewiele miały wspólnego z tym, co tak naprawdę myślą i czują. Parzyłam jak ludzie, którzy kiedyś tak bardzo się kochali, dziś mijają się bez słowa. Obserwowałam to zarówno w świecie realnym, jak i tym wirtualnym, którego z wielu względów nie mogę i nie chcę sobie zupełnie odpuścić.

Podczas jednej z tych bezsennych nocy otworzyłam jeden z edytorów tekstu i zaczęłam pisać. Spisałam długą listę rzeczy i czynności, w których uczestniczę bądź, które wykonuję – a które tak naprawdę niczego nie wnoszą do mojego życia i nie sprawiają mi przyjemności. Po około dwóch godzinach uświadomiłam sobie jak wiele czasu poświęcam temu, co tak naprawdę nie jest kompletnie istotne. Przeanalizowałam, powiązałam fakty, powyciągałam wnioski – zrobiłam to, na czym ostatnio spędzam najwięcej czasu. I zrobiłam coś, co kiedyś uznałabym za akt tchórzostwa i bezsilności – ODPUŚCIŁAM.

Odpuściłam, bo wiem, że z wiatrakami nie da się walczyć. Odpuściłam, aby nie tracić energii na to, co naprawdę jest ważne. Odpuściłam, by dobrze czuć się ze sobą i móc z uśmiechem przywitać swoje lustrzane odbicie. Odpuściłam i płakałam, gdy dotarło do mnie jak późno to zrobiłam. Kiedy dotarło do mnie jak często waliłam głową w niewidzialny mur. I wbrew pozorom to całe odpuszczenie wcale nie było takie łatwe. Jednak wiem, że było warto – efekty powoli widzę już teraz.

Byłam sobą, jestem sobą i będę sobą – nie jestem i nigdy nie będę kimś innym. Zawsze będę miała to pieprzone sto sześćdziesiąt jeden centymetrów wzrostu.  Nie jestem idealna, jak każdy popełniam błędy, ale jestem sobą i potrafię się do nich przyznać. Nie będę kimś, kim ktoś chciałby bym była. Nie da się mnie obkleić słodkimi naklejkami licząc na to, że klej będzie trzymał je wiecznie. To się po prostu nigdy nie wydarzy. Nie chcę, aby ktokolwiek miał wpływ na to jaka jestem, aby ktoś mógł mną sterować i aby ktoś próbował mnie zmieniać wedle własnych upodobań wyłącznie po to, aby po chwili wsadzić mnie do jednej z szufladek z etykietką.

Może i mam masę problemów, może i muszę martwić się o „jutro”. Muszę martwić się o swoje zdrowie, o hajs, całą masę innych rzeczy, o których mijający mnie na ulicy ludzie kompletnie nie mają pojęcia – więc nie przejmuję się tym, co ktoś powie, co sobie pomyśli. Ja też mogę sobie coś pomyśleć i powiedzieć o kimś.

Słowo „na zawsze” słyszałam pierdyliard razy na różnych płaszczyznach życia – „Och, będziemy razem na zawsze!”, „Przyjaciółki na zawsze” i inne tego typu słodkie pierdy, które po latach z rzeczywistością niewiele ma wspólnego.
Wiesz, co tak naprawdę jest na zawsze? Moja miłość do dziecka jest na zawsze, fakt, że mam syna jest na zawsze. To jest na zawsze, bo cokolwiek się nie wydarzy – zawsze będę kochała swojego syna i będę jego matką nawet wtedy, kiedy Bóg wezwie go do siebie szybciej niż mnie. To jest na zawsze i w życiu mogę być pewna trzech rzeczy: tego, że to naprawdę jest na zawsze; tego, że kiedyś umrę i tego, że nie będę grzecznie podążała ślepo za tłumem, kiedy czuję, jak wokół mojej szyi zacieśnia się pętla. Wolę biec sobie gdzieś z boku, w swoim tempie.

Wolę być oryginalną wersją siebie, niż nieudaną kopią kogoś.
Nauczyłam się odpuszczać dla swojego dobra – wybieram inną drogę, zamiast przebijać mur.

A Ty? Kiedy odpuścisz?