MACIERZYŃSTWO

JAKĄ JESTEM MAMĄ?

Mama Kubusia1 comment588 views

Ostatnimi czasy coraz więcej kobiet zadaje mi to pytanie. Są to zarówno młode mamy, jak i moje koleżanki z szalonych czasów, które właśnie zaszły w ciążę. I cholera ciężko określić mi swoje macierzyństwo w kilku zdaniach – bo jestem zbieraniną skrajnych skrajności, a moje macierzyństwo jest tak samo zakręcone jak mój charakter. Tak samo pokręcone, jak różne jest moje pięćdziesiąt twarzy – dosłownie.

1-kopia

MOJE PIĘĆDZIESIĄT TWARZY

Wszystkie cztery zdjęcia, które widzicie wyżej zrobiłam tego samego dnia, w przeciągu dosłownie trzech godzin. Pierwsze – kiedy się pomalowałam, drugie – kiedy zdecydowałam się na grzywkę, trzecie – w zbliżonym kadrze, czwarte – leżąc na łóżku. Wiele osób zauważyło i widzę to również sama – różnię się na każdym ze zdjęć, na żadnym nie wyglądam tak samo, zdaję się być zupełnie inną osobą. Prawdę mówiąc nie potrafię znaleźć sensownego wytłumaczenia tego zjawiska tym bardziej, że nie retuszuję swoich zdjęć – dodaję jedynie więcej kontrastu, który podkreśla czerń i tyle.

MOJE MACIERZYŃSTWO RÓWNIEŻ MA PIĘĆDZIESIĄT TWARZY

Podobnie jest z moim macierzyństwem. Nie chodzi o to, że jestem jakaś psychicznie chora i zmieniam zdanie co pięć minut, absolutnie. Bardziej mam na myśli fakt, że nie trzymam się żadnego ze schematów czy ram, o których często się mówi. Nie mam jakiejś ścisłej teorii, czy konkretnego planu, którymi mogłabym kierować się wychowując Kubę. To, że zgodnie z jedną „ideą” postępuję nie oznacza, że nie zgadzam się z drugą, i odwrotnie. Jestem mamą pełną skrajności, a moje macierzyństwo opiera się wyłącznie na zdrowym rozsądku i odpowiedzialności, oraz na zaufaniu do samej siebie i moje syna.

JAKĄ JESTEM MAMĄ?

Czasem myślę, że inną niż wszystkie dookoła. Chwilami wydaje mi się, że jestem od nich dużo gorsza, innym razem, że jestem lepszą mamą. Czasem nie rozumiem poglądów moich koleżanek, a za chwilę one nie rozumieją mojego podejścia.

  • Popieram karmienie piersią i sama karmiłam Kubę przez pierwsze 30 miesiące jego życia. Gdybym miała drugie dziecko – z całą pewnością postąpiłabym tak samo. Chwilami przeokrutnie tęsknie za tym czasem, za tymi chwilami rodzicielskiej bliskości. Tym samym w żaden sposób nie osądzam mam, które karmią mlekiem modyfikowanym. Kurcze, gdziekolwiek się nie obrócę – tam wiecznie trwa dosłownie wojna między cyckami i butelkami i w moich oczach jest to strasznie krzywdzące dla obu stron. Każda matka wie co dla jej dziecka najlepsze – oczywiście do póki nie robi mu wyraźnej krzywdy.
  • CC czy SN – kolejne pole bitwy. Rodziłam naturalnie, prawie straciłam przy tym przytomność, byłam zupełnie sama, pękłam i miałam sporo szwów. Samego porodu (mimo tego, że był najpiękniejszym dniem mojego życia) nie wspominam dobrze. Mam koleżanki, które również rodziły naturalnie, jednak mając w pobliżu męża, partnera – wiecie takie kwiatki i serduszka (nie neguję tego, bo mega fajna sprawa generalnie). Mam też koleżanki, które są po cesarskim cięciu. Skarżą się i jedne i drugie. O jej, ta nie mogła kupki zrobić… O jej, ta nie mogła usiąść… Kurde, czy naprawdę sposób w jaki rodziłyśmy czyni nas gorszymi, lub lepszymi matkami? To, że ktoś dobrze przeszedł cesarkę nie oznacza, że inna osoba będzie miała podobne wspomnienia. I odwrotnie. Sposobów w jaki urodziłyśmy dziecko nie nakreśla nas jako matek. Liczy się miłość, nie sposób w jaki dziecko przyszło na świat.
  • Moje dziecko szybko poznało smak słodyczy, jednak nie oznacza to, że się nimi żywi. Je  słodycze, jednak z umiarem. Nie zje obiadu? Nie ma słodyczy aż do następnego obiadu i koniec kropka. Nie za karę, nie bo coś. Najważniejsze są główne posiłki, słodycze są dodatkiem, czymś miłym. I tyle. Wiem, że są mamy, których kilkuletnie dzieci w ogóle nie jadły słodyczy. Ok, ich sprawa. Ja jednak chcę, aby moje dziecko poznało wszystkie smaki i miało możliwość wyboru i świadomości tego, co lubi najbardziej. Dziś przykładowo mój syn powiedział mi, że najbardziej lubi zupę ogórkową, bo są w niej ogórki i ziemniaki, a jego ulubione danie obiadowe to ziemniaki, sos, ogórek kiszony i czerwone mięsko (to znaczy pulpety z mielonego w pomidorowym sosie). Nie lubi jajek, nie lubi brokuł i kalafiora – choć będąc rocznym dzieckiem jadł je masowo, bo uwielbiał. Ma prawo. Nie naciskam, nie nalegam, nie nakazuję jeść. Kiedy Kuba nie jest głodny – nie je, nie zmuszam go. Często jest tak, że ładnie zje śniadanie, ładnie zje owoce, a obiadu zje widelec. Ma prawo nie mieć apetytu – dziecko jest takim samym człowiekiem jak my, dorośli.
  • Uczę moje dziecko sprzątania zabawek. Twardo. Co mam na myśli? Jeżeli powyżej dwóch godzin muszę nadal prosić go, by coś pozbierał – mówię mu, że wyrzucam to do śmietnika, a kiedy on się godzi – udaję, że to robię. Wiecie ile mam już zabawek w pudle pod łóżkiem? Efekt jest taki, że Kuba zaczyna zbierać chętniej widząc, że brakuje mu zabawek, które lubił. Dostrzega to, że jeśli zniszczy zabawkę – nie ma jej. Nie chodzi o to, że „nie, to nie”, a o to, że tłumaczę mu, że wszystko kosztuje. Nie rzucam na wiatr – ta zabawka kosztowała sto złotych, a obrazuję mu – co innego moglibyśmy kupić za taką sumę pieniędzy.
  • Moje czteroletnie dziecko uświadamiane jest w kwestii kultury i kładę na to ogromny nacisk. Dostałeś coś – podziękuj, skrzywdziłeś kogoś/pierdłeś/bekłeś – powiedz „przepraszam”, chcesz czegoś – poproś. Trzy proste słowa, które w dzisiejszych czasach zdają się być coraz mniej obecne. A ja chcę, by mój syn je znał. Tak samo zwracam mu uwagę, kiedy do jakiejś koleżanki mojej mamy mówi „ej Ty”. To nie jest dla niego „Ty”, to Pani. Nie mówi się „Ej Ty, zobacz” – mówi się „Pani zobaczy!”. I koniec. Szacunek i kultura.
    Uczę go tego, że wypada skinąć głową i podziękować kierowcy samochodu, który zatrzymał nam się na pasach. Nie musiał, a to zrobił. Nie tylko my gdzieś się śpieszymy.
  • Krzyczę, serio krzyczę. Krzyczę, kiedy mam dość, kiedy moja wściekłość jest ogromna, kiedy przez pół godziny proszę i mówię „nie skacz mi po brzuchu, bo mnie boli” bez ŻADNYCH rezultatów. Wydzieram czasem japę tak, że słyszy mnie pewnie pół bloku. Takie sytuacje zdarzają się rzadko i zawsze potem tłumaczę Kubie, przepraszam za krzyk, ale i mówię, dlaczego tak się stało. Wbrew pozorom – jak same wiecie, jeśli czytałyście nasze dialogi na fejsie – mam bardzo, bardzo mądrego czterolatka. Dociera do niego to co mówię. Czasem to bierze do siebie, innym razem się śmieje.
  • Moje dziecko wie, czym jest śmierć. Wie, że umiera się, kiedy ma miejsce ciężki wypadek, kiedy jest się bardzo chorym, lub kiedy jest  się bardzo, bardzo starym. Do niedawna sam mówił, że ktoś „idzie spać na zawsze”. Teraz mówi wprost, że ktoś umiera. Opowiadając mi bajkę mówi o tym, że Babyjaga UMARŁA. Czasem pyta mnie o to, czy umrę, jeśli on będzie miał sto lat. Tłumaczę mu, że niewielu ludzi żyje tak długo.
  • Nadal śpimy razem, mimo tego, że mamy piękne, białe, warte 1000 zł, piętrowe łóżko. Sama spałam może dwie noce w przeciągu ostatnich kilku miesięcy. Jest tak, bo mój syn mnie potrzebuje. Mówi o tym. Nie chce spać sam. I nie śpi, bo nie ma takiej potrzeby. Nie ma partnera, któremu mogłoby to przeszkadzać.
  • Kuba nie chodzi do przedszkola i jeżeli dalej ogarnę, do szkoły pójdzie dopiero jako sześciolatek. Wieczorem, w dniu swoich urodzin sam powiedział mi: że ma dopiero cztery lata, że jest jeszcze mały, że do szkoły pójdzie mając sześć lat, że nie chce nigdzie jeździć beze mnie. Szanuję jego decyzję. Gdyby sam uparcie mówił o tym, że chce iść do przedszkola – z pewnością by się w nim znalazł. Oczywiście z racji tego, że Kuba nie chodzi do przedszkola – uczymy się w domu: literek, cyferek, liczenia, szlaczków i całej masy innych rzeczy.
  • Nie jem mięsa, nienawidzę mięsa, nie mogę nawet patrzeć na mięso – mój syn jada je z przyjemnością!
  • Szczepię Kubę i nie wyobrażam sobie innej sytuacji. Na temat „anty-szczepionkowców” wypowiem się innym razem, bo boję  się, że zjecie mnie za mocno i przy okazji tego wpisu. W każdym razie jestem na nie, skrajnie na nie i mam względnie BARDZO negatywne zdanie na temat rodziców, którzy nie szczepią dzieci. I niech nikt nie próbuje mnie edukować w tej kwestii. Czytałam wiele. Ja nie chodziłam do przedszkola, brałam wszystkie szczepionki – WCIĄŻ ŻYJĘ. Moje dziecko przyjmie wszystkie obowiązkowe szczepienia. Bezdyskusyjnie.

 

Wydaje mi się, że nie jestem schematową mamą. Dla mnie priorytetami są bezpieczeństwo i szczęście – zarówno Kuby, jak i moje. Stawiam na swojego rodzaju zdrową równowagę w tym wszystkim. Często złapać mi zdrowe relacje z innymi mamami – zazwyczaj spotykam takie, które mają totalnie skrajne poglądy.

Jednak zarówno ja, jak i Kuba dobrze czujemy się w sytuacji – jaką „budujemy”, w tym wszystkim. Zawsze pytam go, czy się wyspał i jaki ma sen. Zawsze głaskam jego plecy przed snem i nawet kiedy śpi i jest środek nocy, a ja dopiero kładę się spać – daję mu buziaka i życzę słodkich snów. I mam pełną świadomość tego, jak bardzo kocha i rozumie mnie moje dziecko. A mój syn wie, jak bardzo go kocham.