URODA

CZY MOŻNA SPODZIEWAĆ SIĘ PO BOXACH SUBSKRYPCYJNYCH? SPRAWDZIŁAM TO Z LIFERIĄ

Mama Kubusia3 comments238 views

Wszelkiego rodzaju boxy subskrypcyjne opanowały nasz rynek już jakiś czas temu. Obecnie możemy w takiej formie zamówić dosłownie wszystko, nawet jedzenie. Co kryło się w marcowym boxie Liferia?

Prawdę mówiąc, kiedy otwierałam starannie zapakowane różowe pudełeczko Liferia myślałam, że za moment moim oczom ukażą się kolorowe kosmetyki. Ta myśl nie była zbyt pozytywna, ponieważ nie dość, że mam już tego całą masę to dodatkowo ciężko trafić w mój gust. Nie dalej jak tydzień temu wyrzucałam z szuflady różowe szminki i fioletowe cienie do powiek, których nawet nigdy nie użyłam. Licząc na to, że się mylę delikatnie otworzyłam pudełko. Udało się! Zero kolorówki! Zamiast niej moim oczom ukazały się trzy kosmetyki do pielęgnacji ciała i twarzy oraz zapakowana w przeurocze opakowanie pęseta. Wszystkie marki były dla mnie całkowitą nowością, nigdy wcześniej nie obiła mi się nawet o uszy nazwa żadnej z nich – w związku z tym nie wiedziałam do końca, czego powinnam się spodziewać.

Wiesiołkowy tonik, Naturali & płyn miceralny do demakijażu, Balneokosmetyki

Postanowiłam ująć te dwa kosmetyki razem, zamiast rozwodzić się nad każdym z nich osobno z bardzo prostego powodu – mimo tego, że mamy tutaj tonik i płyn miceralny, efekt ich stosowania jest dokładnie taki sam. Oba kosmetyki mają identyczną konsystencję, oba świetnie radzą sobie nawet z wodoodpornym makijażem i oba mają naprawdę świetny skład. Mimo tego, że moja cera jest naprawdę bardzo wymagająca i niezwykle łatwo ją podrażnić, czy wywołać reakcję alergiczną – żaden z kosmetyków mnie nie uczulił. Pokusiłam się o sprawdzenie cen: tonik wiesiołkowy kupimy za około 11 zł, zaś płyn miceralny do demakijażu to koszt około 30 zł.

Essential day moisturizer, Ahava.

I tutaj pierwsze wow – jest coś, co ma nawilżać, ale co? Niestety, na opakowaniu nie znalazłam ani słowa w języku polskim, więc dodatkowo musiałam poświęcić swój czas na poszukiwania. Kosmetyku użyłam kilkukrotnie pokrywając nim moje przesuszone łokcie mimo tego, że zdaje się być on kremem do twarzy. Tutaj wolałam nie ryzykować jakimś podrażnieniem. W przypadku łokci – sprawdził się naprawdę dobrze. Ceny sprawdzić nie mogę, ponieważ jest to próbka, pełne opakowanie (50 ml kremu) to koszt około 150 zł.

Pomegranate & Aloe Vera Body Wash, Apple&Bears

Na tym produkcie nie pozostawię suchej nitki mimo tego, że nawet go nie użyłam. Kolejny raz ZERO, dosłownie ZERO polskiego tekstu, żadnej dołączonej karteczki informującej o sposobie używania. O ile ja sobie jeszcze mogę przetłumaczyć albo pogooglać – o tyle starsza ode mnie osoba, która ni w ząb nie rozumie nic po angielsku i średnio radzi sobie z internetem – jest w czarnej… Szkoda, bo zapach naprawdę śliczny. Jestem zawiedziona.

Pęseta, The Vintage Cosmetics Company

I tutaj mamy wielkie WOW. To najbardziej urocza, najbardziej słodka i najśliczniejsza pęseta, jaką trzymałam w swoich dłoniach. Miałam okazję użyć ją dwukrotnie i nie mam tutaj kompletnie żadnych zastrzeżeń.

Czy jestem zadowolona? Generalnie tak, mimo naprawdę ogromneeeego minusa za brak etykiety w języku polskim – droga Liferio, sądzę, że naprawdę warto o tym pomyśleć! ;)

  • Oj nie przepadam za boxami, kiedyś „prenumerowałam”, ale ciągle przychodziło coś co zupełnie nie było do mnie dopasowane.

  • Mi się podobają takie boxy, ale raczej szkoda mi na to pieniędzy. Mam ważniejsze wydatki niż takie pierdółki :)

  • Nie jestem fanką boxów. Niestety na koniec dnia zawsze wychodzi, że to mało opłacalna zabawa. No chyba, że dla kogoś efekt zaskoczenia jest najważniejszy to czemu nie!