MATKA TEŻ CZŁOWIEK

CO ROBIĘ DLA SIEBIE?

Mama Kubusia1 comment441 views

Mówi się, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko i mimo ogromnej miłości, jaką darzę mojego syna zawsze powtarzam sobie, że nie samym dzieckiem człowiek żyje. Warto poza macierzyństwem mieć własne pasje i zainteresowania.


Kiedy urodziłam Kubę całkowicie zatraciłam się w macierzyństwie i każdą wolną chwilę spędzałam na czynnościach związanych z dzieckiem. Porzuciłam wszystkie swoje pasje, swoje plany, a rzeczy, które kiedyś mnie interesowały przestały być dla mnie ciekawe. Na szczęście w porę oprzytomniałam, co właściwie nastąpiło samoistnie – im syn był starszy, tym częściej odkrywałam rzeczy, które sprawiały mi ogromną frajdę. Obecnie poza byciem mamą, jestem przede wszystkim kobietą, która ma swoje zainteresowania i pasje, oraz marzenia, które zamierza zrealizować. Bogu dziękuję za to, że nie jestem jedną ze sfrustrowanych mam, dla których urodzenie dziecka równoznaczne jest z życiowym sukcesem i które nie potrafią zrozumieć decyzji innej osoby odnośnie tego, że nie planuje potomstwa. Bo wiecie, ja też kiedyś nie chciałam mieć dzieci, nie wyobrażałam sobie siebie w roli mamy (tym bardziej samodzielnej!) – i choć kocham swojego syna najbardziej na świecie – rozumiem osoby, które świadomie rezygnują z macierzyństwa, w którym niezwykle łatwo się zatracić bez reszty. Dlatego też tak ważnym jest dla mnie robienie tylko dla siebie czegoś, co kompletnie nie jest związane z moim synem.

Jak chyba wiedzą wszyscy moi czytelnicy – numerem jeden wśród moich zainteresowań jest wszystko to, co na swój sposób wiąże się z Koreą Południową i językiem tego kraju. Mimo moich ogromnych problemów z pamięcią uczę się koreańskiego i oswajam się z nim na różne sposoby (chociażby oglądanie koreańskiej telewizji online). Obejrzałam (i wciąż oglądam) wiele dram i jeszcze więcej filmów. Czytam książki koreańskich autorów i te, które dotykają tematu. Moim największym marzeniem jest wyjazd do Korei na dłuższy czas i mimo tego, że z realizacją z wielu względów będzie bardzo ciężko to wierzę, że pewnego dnia z pewnością spełnię to marzenie. Prawdę mówiąc te wszystkie rzeczy wypełniają każdą moją wolną chwilę.
Poza tym, wiecie jak fajnie Kuba “zaraził się” tym wszystkim? I to tak od siebie, że tak powiem – z własnej inwencji? Kiedyś na pewno Wam o tym opowiem, bo już w szkicach takowy wpis sobie leży.

Uwielbiam szyć i to również nie jest tajemnicą. Ostatnimi czasy robię to dużo rzadziej, ale już niebawem pokażę Wam efekty swoich ostatnich działań, z których jestem bardzo zadowolona. Pierwszy raz od blisko dwóch lat szyłam pościele, a od chwili, kiedy ostatni raz uszyłam spodnie dla Kuby minęło jeszcze więcej czasu. I naprawdę fajnie było do tego wrócić, zobaczyć jak tworzę coś własnymi rękoma. Mega satysfakcjonującym jest moment, w którym widzę, jak z kawałków materiału skleiłam jakąś fajnie wyglądającą całość. A kiedy dodatkowo z tych moich wyczynów cieszy się ktoś, kogo kocham najbardziej na świecie – to czego chcieć więcej?

Kolor włosów również zmieniłam dla siebie, chociaż przyznaję otwarcie, że jeszcze nigdy w życiu nie szło mi to tak opornie. Zrobiłam to wyłącznie dla siebie, bo miałam taką potrzebę, taki kaprys czy zachciankę – zwał, jak zwał. Ja potrzebowałam tej zmiany i zbierałam się do niej wyjątkowo długo, by wreszcie pewnego, sobotniego popołudnia spontanicznie podjąć decyzję. Ostatni raz z czarnego koloru do blondu schodziłam będąc w ciąży z Kubą. I załatwiłam to dwoma farbowaniami bez większego uszczerbku na włosach. Tym razem moje włosy przeszły dużo więcej i ucierpiały, jak nigdy dotąd. Nie chcąc katować ich już silnymi mieszankami chemicznymi porządnie spryskałam je srebrną płukanką, w efekcie czego są teraz w siw-niebiesko-fioletowym odcieniu, który z każdym myciem jest coraz mniej intensywny (a szkoda!). I wiecie co? Ja kompletnie nie przejmuję się tym, że ludzie zwracają na nie uwagę, że patrzą, że coś tam sobie myślą. Mogę jednocześnie być mamą i mieć na głowie tęczę. I wcale tego nie żałuję – pozbyłam się słabych i zniszczonych włosów, a na głowie pozostało mi to co mocne. Nie przejmuję się tym szczególnie, ponieważ po tacie odziedziczyłam mocne i wyjątkowo gęste włosy, które regenerują się niemal błyskawicznie, a i śmiało można też powiedzieć, że “rosną w oczach“.

I wydaje mi się, że w tym wszystkim nie chodzi o to, aby na siłę mieć wiele rzeczy, które uwielbia się robić tylko po to, aby powiedzieć sobie “Poza dzieckiem mam jeszcze coś innego!“, bo to bzdura – takie na siłę udowadnianie czegoś światu. Tylko po co? W imię czego? Dobrej opinii czy zazdrości koleżanek? Ja przykładowo, odkąd urodziłam dziecko nie znoszę spotkań towarzyskich w większym gronie i unikam ich jak ognia. Nie chodzę na urodziny, na wesela czy inne imprezy. I nie przejmuję się tym, co ktoś pomyśli, bo robię to w zgodzie ze sobą. Sądzę, że warto mieć nawet jedną czy dwie pasje, ale takie prawdziwe, mieszkające głęboko w środku nas samych – bo choć kochamy nasze dzieci nad życie, nie możemy zapominać o sobie.

1 Comment

Leave a Response